Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

Wspólne polowanie

W ŁOWISKU » Opowiadania » Wspólne polowanie

Wspólne polowanie.

Moje pierwsze polowanie z psem. Idąc przez jesienny las przepełniony niemal wszystkimi kolorami-żółcieni, brązów, beży, zieleni, które zdobiły liście o różnych kształtach – zastanawiałem się jak to się stało, że jestem tu z moim gończym polskim ze sztucerem na ramieniu i lornetką na szyi. Jeszcze cztery lata wcześniej nie miałem z myślistwem nic wspólnego. Nigdy nie postrzegałem łowiectwa jako czegoś negatywnego. Zawsze lubiłem kontakt z przyrodą-górskie wycieczki, rodzinne wypady do lasu na grzyby. Ale polowania?

Wypuściłem psa mając nadzieję, że spotkamy dziki. W tej partii lasu powinny być. Mój czekoladowy gończy wyrwał do przodu. To dzięki niemu jestem myśliwym. Najpierw były pierwsze wystawy, praca na farbie, udane konkursy, no i pierwsze polowanie zbiorowe, na którym podkładałem Rezona. To wydarzenie zapadło mi w pamięci-już wiedziałem jak wygląda środowisko naturalne gończego polskiego, z jaką pasją pracuje w łowisku.  Z tych rozmyślań wybija mnie granie Rezona. Z daleka dochodzi do mnie mocne, dźwięczne głoszenie, które wkrótce niknie gdzieś w koronach drzew. Zatrzymuję się i nadsłuchuję. Wokół mnie cisza. Rozglądam się po otaczającym terenie. Przede mną wysoki las, po prawej uprawa leśna a na niej, w odległości 100 metrów niewielka remiza z rachitycznymi drzewkami.  Od lewej nadbiega Rezon. Idziemy wzdłuż linii lasu i uprawy. Pies przede mną omiata teren. Nagle zatrzymuje się przed niewielką remizą i stoi. Sięgam po lornetkę. Niczego między drzewkami nie widzę. Ruszam dalej, ale pies stoi. Zachęcam go do ruchu, on stoi i widać jak pracuje górnym wiatrem. Jak wyżeł. Jestem pewny, że nic tam nie ma. Nagle z pomiędzy drzewek-krzaków rusza na mojego gończego locha. Jak torpeda, której już nic nie zatrzyma. Pies zaczyna głosić, ale dzik rozpędza się i nie ma zamiaru się zatrzymać. Kiedy jest już 10 metrów przed psem widzę, że Rezon traci rezon i zaczyna uciekać. Locha rozpędza się zaczyna doganiać psa. Biegną po wykrotach uprawy w jakimś szaleńczym tempie. Nagle locha odpuszcza i kieruje się do swej kryjówki w remizie, do wielkiego dołu-barłogu, którego nie było widać przez lornetkę. Widzę, że Rezon zawraca i zajadle głosząc zaczyna gonić zdezorientowaną lochę. Role się odwracają. Nagle z remizy wyskakuje cała wataha dzików i formuje „pociąg”  i za swoją rodzicielką uchodzą w kierunku gęstego lasu. I to był najlepszy moment na oddanie strzału. Dziki są 50 metrów ode mnie.  Niestety, niedoświadczony nemrod jakim byłem, nie zdążył nawet ściągnąć broni z ramienia. Stałem osłupiały. Kiedy już byłem gotowy do strzału, w lunecie niczym w kalejdoskopie widziałem  jak ostatnie wagony tego dziczego pociągu znikały  między gęstymi krzakami.  Wydawało mi się, że ostatni przelatek przyjacielsko „zamerdał” chwostem w moim kierunku.

Opisana sytuacja działa się szybciej niż drogi Czytelnik przeczytał opis mego spotkania z dzikami. Właściwie było po polowaniu. Rezon wrócił po 10 minutach i można było wracać do samochodu. Zwierzyna powinna być ruszona w tym i w kolejnym oddziale. Św. Hubert nie mógł przecież dać mi kolejnej tak dobrej okazji. I nie dał, ale to co miałem okazję później zobaczyć zasługuje na opisanie.

Po spotkaniu z dzikami postanowiłem jednak przejść na koniec drugiego oddziału-teren ten obejmował babrzyska oraz niewielki potok.  Teren trudny, ale obiecujący. Jeżeli jeszcze mogły być dziki, to tylko tam. Marzenia. Mój gończak kolejny raz wysforował się do przodu. Nauczony doświadczeniem bardziej uważnie posuwałem się naprzód, raz po raz obserwowałem teren przez lornetkę, nasłuchiwaniem czy pies gra. Długo było spokojnie. W pewnym momencie, gdzieś hen daleko usłyszałem zdecydowane, miarowe granie Rezona. Zatrzymałem się aby określić kierunek i czy pies przesuwa się za zwierzyną. Ku mojemu zdziwieniu pies stanowił z miejsca. Powoli podążałem w kierunku psa. Stanowienie było miarowe jak wybijany rytm marszu, coraz głośniejsze, ale grane ciasno jakby détaché . Czyżby odyniec?  Ściągam sztucer i powoli zbliżam się do źródła dźwięku. Już widzę zjeżonego, na lekko ugiętych łapach Rezona, ale jeszcze nie widzę tego dzika. I nagle ku memu zdziwieniu widzę pięknego czternastaka. Byk jelenia stoi ale raz po raz opuszcza łeb jakby chciał poczęstować się soczystą trawą. Potężnym wieńcem  atakuje mojego psa. Rezon odskakuje. Byk nie odpuszcza. Ja stoję oniemiały i zahipnotyzowany tym widokiem. Już drugi raz w tym dniu. Nie mam uprawnień selekcjonera i mogę się tylko z ukrycia przyglądać się temu teatrowi dwóch aktorów dla jednego widza. Czuję się wyróżniony. Dekoracje najwyższej jakości, świetne oświetlenie i akustyka.

Z pysków tych dwóch aktorów bucha para i nieco zasłania mi widok. Scena pojedynku. Potężny, mocny byk kontra gończy polski. Żaden nie odchodzi do narożnika, choć na punkty wygrywa ten z wyższej wagi, powoli spychając krzykacza. Raz po razie zawodnik cięższej wagi opuszcza łeb i próbuje na wieniec założyć mojego gończego niczym wieniec laurowy.  Pies odskakuje. Taki swoisty jive-kroki w tył, kroki wprzód. Nie ma nokautu. Stan względnej równowagi. Widok niezapomniany. Żałowałem, że nie mam aparatu, ale kto bierze aparat na polowanie z psem. W końcu spektakl zostaje przerwany-nie przez oklaski tylko przez gałązkę, która łamie się pod moim butem. Zawodnik wagi ciężkiej spogląda po widowni i dostrzega mnie. Niezwłocznie dezerteruje. Rezon za nim w gon. Zastanawiam się - w ciągu półtorej godziny miałem okazję uczestniczyć w dwóch leśnych widowiskach. Pierwszym kilkudziesięciosekundowym, drugim kilkuminutowym. Obie etiudy miały pierwszorzędnego reżysera.

                                                                                *

                                                                    *                       *

Ostatnie, tegoroczne polowanie z moim psem. Najkrótsze. Mija już ponad 3 lata mojej przygody z łowiectwem. To nie wiele dla człowieka, ale dla psa to sporo. Poluję w moim macierzystym Kole „Młody Leśnik” w Brynku. Rezon zostaje wpuszczony do gęstego młodnika, a ja ustawiam się w jego narożniku w terenie już odsłoniętym, dającym szansę na dalszy strzał. Od razu słyszę głoszenie psa. Co rusz gdzieś wyskakuje sarna, łania, ale są zbyt daleko, by użyć sztucera. Nagle zauważam na leśnej uprawie przelatka, który uchodzi od strony młodnika w kierunku wysokiego lasu, wyprzedzając spotkanie z psem. Rezona  nadal słyszę  z tyłu w zagajniku. Podnoszę broń, mierzę. W lunecie widzę piękny okaz dzika o czarnej sukni, wysokim garbie za głową, z długim chybem niczym indiański pióropusz doświadczonego wojownika.  Mocny przelatek.  Strzelam. Widzę, że dzik zaznacza strzał, ale dalej uchodzi chcąc dotrzeć do najbliższego brzegu wysokiego lasu. Chcę przeładować broń, ale mam jakiś problem. Wychodząca łuska zablokowała komorę nabojową i nie mogę oddać kolejnego strzału. Kątem oka widzę, że czarny jest już prawie u celu. A ja tu próbuję wyciągnąć łuskę. Jeszcze nigdy nie miałem takiej sytuacji. W końcu udaje mi się uporać z bronią i oddaję kolejny strzał. Pudłuję. Przeładowuję i … trafiam. Ale widzę, że dzik przechodzi dukt leśny i znika w kniei. Przywołuję Rezona i idziemy na drogę, którędy uchodził dzik. Jest farba. Pies podejmuje trop i za chwilę głosi dzika. Rezon oszczekuje martwą zwierzynę (nie jest naturszczykiem-musiałem go tego nauczyć) ale teraz jestem pewny, że dzik jeszcze żyje. Granie jest mocne, szybkie i niemiarowe. Kiedy dochodzę do psa, dzik siedzi na zadzie. Jest ranny. Rezon nie pozwala mu się ruszyć. Kiedy go odwołuję, odchodzi, ale  głowę ma stale zwróconą w kierunku dzika, jakby chciał być przygotowany na ewentualny jego atak. Te kilka lat dają doświadczenie zarówno myśliwemu (choć jeszcze dużo przede mną) jak i  psu. Dziękuję  Rezonie za wspólne polowania.

Polowanie z psem nie jest tym samym, co polowanie bez psa. Zarówno na polowaniach zbiorowych jak i indywidualnych. Dzięki naszym psom możemy zobaczyć więcej. Dzięki nim jesteśmy skuteczniejsi, choć nie zawsze Św.Hubert musi darzyć. Przecież nie na tym łowiectwo polega. Mamy kontakt z ojczystą przyrodą- nieco inną w różnych zakątkach naszego kraju. Mamy okazję iść  przez jesienny las przepełniony niemal wszystkimi kolorami-żółcieni, brązów, beży… . To wszystko nam gończarzom daje nasza rodzima rasa-gończy polski.

 

Marek Kałka