Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

Polowanie Sylwestrowe

W ŁOWISKU » Opowiadania » Polowanie Sylwestrowe

Polowanie Sylwestrowe

Mamy 31 grudnia, budzik w komórce dzwoni o 5:30. Słyszę z korytarza uderzanie psiego ogona o ścianę. W każdy inny zimowy poranek można nad legowiskiem chodzić, hałasować, zapalać światło - pies nawet powieki nie uchyli. Dziś jest inaczej. Kurtka, plecak, kalosze - wszystko już stoi od wczoraj uszykowane. On wie, że ten budzik dzwoni dla nas, a nie tylko dla mnie. Wstaje się ciężko, ale chętniej niż do pracy. Ubieram wysłużone bundeswehry "pachnące" całym lasem. Z łóżka słyszę tylko zaspany głos żony:

- Całą noc lał deszcz, że też Wam się chce... pamiętaj daj znać po polowaniu jak psiaki i uważaj na Alfa...

Tak jak bym miał na to wpływ co zrobi pies, co zrobi dzik, czy czasem jakiś fuzyjkarz nie odpali do psa. Robimy co możemy, żeby było bezpiecznie. Zawsze te same słowa, zawsze te same myśli. Momentalnie stają mi przed oczami psy które już polują ze Św. Hubertem.

Dlaczego to robimy?... wytłumaczenia logicznego nie ma. Wielu puka się w głowę, ale my jesteśmy już od tego uzależnieni i nikt z nas tego sobie nawet nie próbuje tłumaczyć.

Uwielbiamy to robić. Co roku wybija magiczna data: 1 październik i "pomarańczowy cyrk" zaczyna roadshow, a po 15 stycznia detoks i wpada się w lekką depresję. Tak już co roku jest i tyle...

Żonie odpowiadam tylko, że to polowanie sylwestrowe i że kończy się szybko, bo o 12 w południe, że jeszcze zdążę wrócić, przygotować się i zdrzemnąć przed imprezą sylwestrową na którą wybieramy się do znajomych.

Przecież bez wcześniejszej drzemki na imprezie będzie trudno wytrzymać do rana po dniu w lesie i mając za sobą cały tydzień w pracy.
Zapinam pasek, dopinam kordelas. Gdyby ten nóż potrafił mówić... tyle już widział. Napisał by cały tom opowieści. Szybkie ale solidne śniadanie zaliczone, mocna kawa, bierzemy co trzeba, reszta jest na stałe w aucie i wychodzimy po cichu z domu, żeby nikogo nie obudzić. Alf nawet nie sika po drodze do samochodu, już chce być w środku i już jechać. On dokładnie wie gdzie i po co jedziemy.
Musimy przejechać niestety przez Poznań, żeby dotrzeć do łowiska. Przeciskamy się przez miasto, ludzie spieszą do pracy. Jest luźniej na drogach niż w inne dni, ale i tak widać i czuć ten pośpiech miasta.
Od razu przypominają mi się słowa mojego kolegi. Kiedyś  wracaliśmy w trójkę jednym autem z polowania w niedziele. My przemoczeni, zmęczeni, ubłoceni, psy tak samo. Wszystko w aucie parowało, ale wszyscy pozytywnie zmęczeni. Każdy jeszcze rozpracowywał w głowie jak pracowały poszczególne psy. Przejeżdżaliśmy obok galerii handlowej, a tam tłumy ludzi, którzy w niedziele robią sobie wycieczki na zakupy. Kolega tylko westchnął i powiedział: żal mi tych ludzi, oni nawet dzika na żywo nie widzieli, nie wiedzą jak wygląda rykowisko, tylko szukają promocji... to prawda.
Na szczęście miasto już zostaje w tyle i z daleka widzę las w którym będziemy dziś podkładać psy. Skręcam z głównej drogi, mijam kilka domków i już jadę przez las szutrówą.
Dojeżdżam na plac w lesie. Cały czas jest jeszcze ciemno. Śniegu nie ma, jest morko. Jakoś tak ostatnio jest, że śnieg zaczyna padać zawsze dopiero po sezonie, a tak lubimy polowania po białej stopie.
Na placu już pali się ognisko. Jesteśmy w środku lasu, a jednoczenie kilka kilometrów od centrum miasta, ale to już zupełnie inny świat, inny wymiar. Zjeżdżają się powoli samochody.

Zapinam Alfowi obroże do polowania z numerem telefonu. Wtedy to nam wystarczało, teraz nawigacje, dzwoniki, kamizelki –człowiek całe życie się uczy. Ubieram kalosze, sprawdzam naładowanie telefonu. Część myśliwych już stoi i czeka na zbiórkę, reszta dojeżdża. Nagle patrzę, jadą 3 bardzo dobrze mi znane auta w konwoju. Jedzie moja ekipa z psami. Najlepsza i sprawdzona kompanija. Wysiadają po kolei: Rafał, Sylwek z Moniką, Darek, Patryk, Witek z synem. Znajomi wychodzą z aut, każdy z bananem na twarzy, witamy się. Sylwek nagle wyjmuje szampana i kubeczki - patrzymy zdziwieni. No tak! przecież dziś Sylwester - Sylwek ma imieniny!

Składamy życzenia, ktoś rzuca tekst: szampan z rana jak śmietana... i zbieramy się na zbiórkę, bo już trąbią "zbiórkę". Psom udziela się atmosfera, charakterystycznie ziewają, machają ogonami, poszczekują, przeciągają się.

I jak tu im odmówić tej przyjemności, po to zostały wyhodowane. Mają to w genach od pokoleń.. My chyba też.. Żal tylko tych, które muszą się zadowolić spacerem w parku, czy miejskim lasku i wracać na ogródek albo do domu.
Zbiórka przebiega  sprawnie i konkretnie, wszystko omówione. Dla nas najważniejsze, że są przedstawione zasady bezpieczeństwa polowania z psami.
Dziś podkładamy na 2 grupy myśliwych. Witek zabezpiecza jedną grupę myśliwych ze swoimi psami, my drugą. Obydwie grupy polują w różnych częściach łowiska. Tylko pierwszy miot robimy

razem, tzw. pełną siłą. Pierwszy miot choć jak zawsze obiecujący okazał się średni, raptem jeden dzik strzelony, psy trochę pograły, ale jak to się mówi: bez szału. Mam w pamięci ten miot na ostatnim polowaniu zeszłego sezonu - oj działo się, dzików w bród. W tym roku słabo, raptem 2-3 dziki widziane.
Zbieramy pieski, po pierwszym miocie to zawsze trwa najdłużej. Wsiadamy każdy do swojej bonanzy i rozdzielamy się z Witkiem.
Kolejne mioty mijają szybko, zwierzyny jest sporo. Widzimy głównie dziki,  rzadziej jelenie. Psy słychać, ale ich nie widać - to najważniejsze. Robią dobrą robotę. Jedynie szkoda, że tyle kul mija się z dzikami. No ale pokot jest już całkiem, całkiem. W bonanzie częstym tematem rozmów są wyniki polowania drugiej grupy. Mamy przecieki, ale one nigdy nie są wiarygodne, bo jedni drugim chcą pozytywnie podnieść ciśnienie.
Rozstawiamy się do ostatniego miotu. Ja wchodzę z Alfem od prawej flanki w tzw. rękawy, czyli pomiędzy grodzenia. Reszta idzie na zatrop. Sygnał, ruszamy. Alf wypala do przodu, ja idę w wysokich trawach po pas. Gdzieś daleko słyszę granie psów, nagle z grodzenia wyskakuje młody byk i sadzi w moja stronę. Biegnę do przodu, żeby byk mógł swobodnie uciec. Pomiędzy grodzeniami jest wąsko, więc mogłoby to się różnie skończyć. Byk wpada w sąsiednie grodzenie, uderza w nie z całym impetem i widzę jak łamie lewą tykę. Myślę: znów te cholerne grodzenia. Cofam się i szukam "zrzutu", ale porzucam moje poszukiwania, bo słyszę nieopodal głoszącego Alfa. Biegnę do przodu, nagle czuję specyficzny odwiatr. Dziki. Stoję w wysokich trawach, a dookoła mnie wataha, po bokach grodzenia - nie ma gdzie uciekać, dzików nie widać, ale słychać i czuć. Wydarłem się eeejooop! Dziki ruszyły, za nimi już gonią 2 psy. Dziki uciekają w las do miotu. Psy prowadzą je na drugą flankę, dołączają się kolejne psy. Biegnę do przodu, żeby wyrównać do linii naganki, bo trochę zostałem w tyle. Psy poszły daleko, słychać strzały. Ciekawe ile z tych dzików leży. Nie mamy psów, ale idziemy wolno. Spotykam Rafała.
Przed nami widzimy wąski młodniczek. Daję znać Rafałowi: w to musimy wejść. Obydwoje wiemy, że dziki w takich miejscach powinny być, a my nie omijamy "pewniaków". Między nami na pełnej szybkości przelatuje Berdysz i wpada w młodnik. Za nim zaraz Alf. Ze środka rozlega się pojedyncze, znane nam bardzo dobrze, lekko chrypliwe głoszenie. Berdych ma dzika - to pewne. Nagle w ułamku sekundy słyszymy w młodniku Alfa. Słyszymy to dobrze znane nam głoszenie, lekko ochrypłe jakby suche Berdysza i basowe donośne Alfa. Już rozpracowują dzika. Słyszymy, że dzik się broni, a oni we dwójkę pozwalają sobie na coraz więcej. Zbiega się reszta złaji: Drop,Dik, Abek i mamy już pełen koncert. Widzimy dzika. Nie jest mały, 60 parę kilo. Najgorsza waga dzika dla psów,  taki dzik potrafi najbardziej pociąć psy. Jest szybki i zwinny, a przy tym już silny, orężny i odważny. Typowy leśny krawiec. Każda sekunda to coraz odważniejsza walka psów i dzika. Walczą o najwyższą stawkę. Co rusz, któryś podcina pęciny, dzik się obraca, odwija i próbuje zadać cios, żeby wyeliminować natrętnego przeciwnika. Krzyczę do Rafała, że nie ma żartów i że nie ma co czekać aż go psy zmęczą. Rafał ładuje CZtkę, patrzy na mnie i widzę, że on wie, że nie będzie łatwo. Dużo psów, dzik mobilny. Nie wiemy gdzie jest linia. Trzeba zachować zimną krew. On o tym wie, ale i tak musiałem się odezwać: uważaj na psy.
Nie ma jak strzelić, taniec psów z dzikiem staje się coraz bardziej zacięty i niebezpieczny. Żadna strona nie odpuszcza. Kocioł przelatuje przez linię. Na szczęście nikt nie próbował nawet odpalić. Wybiegamy z miotu. Przed nami szeroki rów z wodą. Myśliwy mówi, że psy cały czas walczyły z dzikiem, ale dzik jest silny. Nie udało im się go zatrzymać w wodzie.
Nagle niczym Janosik przeskakuje między nami Patryk na drugą stronę rowu. Biorę rozbieg i robię to samo. Międzyczasie Rafał rozładowuje broń i rzuca ją przez rów Patrykowi, potem naboje. Biegniemy z Patrykiem do przodu. Czardasz psio-dziczy trwa w najlepsze. Widać że psy pozwalają sobie na coraz więcej, ale nie potrafią przytrzymać dzika, jest cholernie silny. Dobiega Rafał z Sylwkiem.

Rafał bierze swoją broń i przymierza, ciężko jest zdecydować się na strzał, żeby być pewnym. Dzik odwija się tabakierą jak kozak szablą, psy odskakują na parę metrów, ale w moment są na dziku. Bach! dzik dostaje w przedni bieg. Jeszcze bardziej rozwścieczony atakuje psy. Kolejna odwijka, kolejny atak. Psy na dzika, dzik się odwija. Bach! kolejny strzał. Teraz na mocno kulawy sztych po łopatce. Inaczej nie było jak.
Dzik odbiega kilka metrów i walczy dalej. Psy pozwalają sobie na coraz więcej i już go ładnie trzymają, ale nadal nimi rzuca jak na rodeo. Patryk biegnie do dzika, żeby zakończyć tą walkę.
Stawia nogę na dziku, żeby go przytrzymać. Kurczę, tak się robi z małym dzikiem, ale duży... nawet nie dokończyłem w ułamku sekundy myśli, kiedy ten wylądował na plecach z nogami w górze. Koniec! żarty już się skończyły. Przeskakuję nad Patrykiem, zahaczając się jeszcze lekko o niego. Wpadam na dzika od tyłu i kończę...

Wszystko dookoła paruje. Dzik oddaje ducha, pisze testament. Adrenalina opada, oddech się normuje.. stoimy w pięciu nad dzikiem...

Psy już nie szczekają, szarpią za skórę powarkując, dają upust swojej adrenalinie - odbierają nagrodę. Tak triumfują nad swoją zdobyczą... Dla takich chwil właśnie to robimy.

Zabieramy psy od dzika.

Ciszę przerywa Monika:
- no chłopaki kawał dzika, ale akcja! chce ktoś snickersa?
Śmiejemy się, najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, psy całe. Wszyscy zadowoleni, przychodzą myśliwi z linii, bo już odtrąbili koniec pędzenia. Wyciągamy kabana na drogę i jedziemy na pokot. Druga grupa myśliwych już jest, dziki już rozłożyli na pokocie. Naganiacze rozładowują dziki z naszej grupy.
Szukamy Witka. Patrzymy stoi jakiś zniesmaczony, wkurzony. Myślę sobie co się stało, bo wynik polowania z jego grupy też konkretny. Witek jest wkurzony, bo dwa psy wracając z miotu usłyszały na wiosce wystrzały z petard i pobiegły gdzieś w ich stronę. Jego syn nadal jeździ po lesie i szuka psów.
Witek mówi, że po pokocie jedzie ich szukać dalej. No tak, nigdy nie może być zbyt pięknie. Cała radość nam od razu mija. Co się stało z psami, mogły wpaść pod auto, mógł ktoś je ukraść, a może leżą gdzieś ranne i czekają na pomoc. Uczestniczymy w pokocie. Na pokocie ułożono coś około dwudziestu paru dzików - dziś już nie pamiętam, wtedy myślami byłem przy psach, które się zgubiły. Myśliwi dziękują nam za pracę psów, wspominają to co się wydarzyło. Po pokocie jemy szybko  posiłek i jedziemy szukać psów. Pomimo, że chcą nam pomóc, Sylwka z Moniką, Darka i Patryka prosimy,  żeby jechali. Mają przed sobą kilka godzin jazdy. Oczywiście odmawiają i jadą szukać  z nami. Nagle prowadzący krzyczy, że wracający naganiacze widzieli jednego psa na wiosce. Witek bierze telefon, pyta się który to i prosi, żeby tylko nie próbowali go łapać, bo nie podejdzie, a wręcz będzie uciekał. Niektóre psy są nieufne i tak się zachowują. Witek wsiada w samochód i oddziałówką pruje przez las do wioski.
Dzwoni po ok. 15 minutach, że ma jednego psa. Kamień z serca, no ale jeszcze suczki trzeba poszukać. Każdy swoim autem objeżdża las. Nic nie ma. trąbimy, wołamy - nic.
Stoimy w lesie. Kilku myśliwych pomimo, że to Sylwester pomaga nam szukać psa. Jest już ciemno. Mówię do chłopaków, że psa już w lesie nie ma. Psy jak robi się ciemno szukają człowieka i idą w stronę domostw. Oni zostają w lesie i będą próbowali przywołać psa na strzał. Ja jadę na wioskę i pobliskie działki szukać suczki. Spotykam spacerowiczy z psami. Rozmawiam z każdym z nich, bo wiadomo, że psiarze na innego psa zwrócą uwagę. Jeden pan z wilczurem, mówi mi że widział kilka godzin temu takiego psa z pomarańczową obróżką jak przebiegał przez wioskę. Od tego jednak minęło już sporo czasu. Pies może być kilka kilometrów dalej. Choć zazwyczaj jak się zgubią to kręcą się w jednym rejonie. Zazwyczaj... ale przecież każdy przypadek jest inny. Jadę główną ulicą miedzy domami, z naprzeciwka jedzie auto, które zwalnia przed progiem zwalniającym.
Nagle w światłach tego samochodu wydaje mi się, że mignął mi pies przechodzący przez ulicę. Wyskakuję z auta, kucam i wołam: Gara! Gara! Jest, biegnie do mnie. Ucieszona ale wystraszona. Cieszę się nie mniej jak na własnego psa. Pakuję ją do auta, telefon do Witka i jadę do nich.

Składamy sobie wszyscy życzenia noworoczne i rozjeżdżamy się do domów. Wpadam do Poznania, patrzę na zegarek, jest 18. Muszę jeszcze wejść do kwiaciarni, bo moja żona ma urodziny 1 stycznia. W centrum miasta wchodzę do kwiaciarni, na szczęście była otwarta. Kilku klientów dziwnie na mnie spogląda. Patrzę na siebie w świetle sklepu. O cholera! nie dość, że w kaloszach, to jeszcze uwalonych od farby, ręce czarne jakbym własny grób nimi kopał i na dodatek z pod polara wystaje pochwa od kordelasa, bo w pośpiechu zapomniałem go wypiąć. Zbir pełną gębą. Wole nie wiedzieć chyba, co sobie o mnie pomyśleli. Wpadam do domu o 19. Żona już uszykowana na imprezę. Rzucam w przelocie, że wykapię się, przebiorę szybko i możemy iść. W odpowiedzi  słyszę tylko: no raczej...
A miałem się jeszcze zdrzemnąć... ale i tak bawiliśmy się do białego rana.
To pamiętne sylwestrowe polowanie podsumowuję słowami  mojego serdecznego przyjaciela Józefa Michalskiego, który polował z psami, hodował m.in. gończe polskie, a dziś poluje już ze Św. Hubertem. Miał on takie swoje powiedzenie: moja matka miała dwóch synów - jeden był normalny, a drugi został myśliwym.

 

Darz Bór

Dariusz Gorgoliński