Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

O tym jak Stefan Trocinko rodzinę przyjmował...

DLA DZIECI I ... NIE TYLKO » Przygody leśniczego Stefana Trocinko i jego psa Naleśnika » O tym jak Stefan Trocinko rodzinę przyjmował...


 

Czyżby zapowiadał się piękny poranek.........nie dziś. Nad głową Stefana od wczoraj krążyły czarne chmury i poczucie czyhającego za rogiem niebezpieczeństwa… Dom wysprzątany, pościel wykrochmalona, wszystkie polary poprane, przemeblowana kancelaria wygląda jak z magazynu, Naleśnik wykąpany i wytrymowany, jakby właśnie zszedł z podium na wystawie, leżał jeszcze pod kołdrą ale wyraźnie nasłuchiwał w napięciu. Armagedom dzień drugi. Do Stefana przyjechała…mama... .

"Stefciu wstałeś? chodź na śniadanie!" rozległo się z kuchni. Trocinko wstał i powłócząc nogami skierował się do kuchni. Po wczorajszej kolacji miał wrażenie, że zgłodnieje dopiero w przyszłym miesiącu. Mama zawsze powtarzała, że śniadanie to najważniejszy posiłek, tym bardziej dla kogoś kto pracuje w lesie, no ale to już chyba przesada....jajka na bekonie, biała kiełbasa z musztardą, placki ziemniaczane, kartacze z mięsem, jajecznica na kurkach, bliny z dżemem malinowym i bigos z wczorajszego obiadu. Nawet Naleśnik nie był w stanie patrzeć na stół....Śniadanie trwało z dobrą godzinę. Stefan ledwo wygramolił się zza stołu i czmychnął na ganek zakurzyć fajkę. Jedyne 7 minut odpoczynku i obmyślenie strategii przed kolejnym „atakiem miłości”... Błoga cisza... spokój.... "Ocho, coś za cicho!" tknęło Stefana i w tym momencie z kancelarii wyłonił się Naleśnik z przerażoną miną ….. ubrany w wełniane wdzianko w kratkę.
„Buahahahahahahahahah!!!!! ale żeś się wystroił!” ryknął śmiechem Stefan.
„Stefciu, pozwól na minutkę, mam coś dla Ciebie…” usłyszał leśniczy, po czym głośno przełknął. Chwilę później stali tacy dwaj, obaj ze skwaszonymi minami…Naleśnik w czerwonej kracie i Stefan w wełnianym, różowym swetrze z wyhaftowaną żółtą gruszką z przodu.

„Mamo, jadę do lasu, mam wywóz” mruknął Trocinko i udał się do swojego „tarpana”. "Dobrze, tylko załóż kurtkę!" odkrzyknęła mama "I czapkę koniecznie weź bo wieje! I jedź ostrożnie. I zapnij pasy! I po błocie nie chodź, bo buty ubrudzisz. I malin nie jedz, bo nie myte! I ........" ale Stefan już nie słyszał, bo czym prędzej odpalił samochód.
Po kilku minutach jazdy, w czasie której zdołał zapiąć swój polar pod samiutką szyję i jakoś wyswobodzić psa z tego wełnianego kaftana, zatrzymał się przy samochodzie przewoźnika. „Dobry. Pan po ten stos, tak? Tu proszę kwit wywozowy, tu proszę podpisać i niech się pan ładuje…”.

Przewoźnik złożył podpis na dokumencie i zauważył, machając ręką w kierunku samochodu leśniczego „O, widzę, że korporacyjną zieleń zamieniacie w korporacyjne stokrotki?” Stefan zdębiał, bo spostrzegł, że nie zamknął drzwi, przez które radośnie wyglądały dwie poduszki na siedzeniu, powleczone czerwonym materiałem w białe stokrotki…
„Panie, bo się ściemnia! A poduszki nie moje…..psa” rzucił na poczekaniu Stefan, bo nawet nie wiedział kiedy mama wrzuciła je do samochodu.... "I to bez konsultacji z kierowcą!!! Co za wstyd!!!!" …Dodał w myślach Trocinko..
Gdy przewoźnik operował żurawiem i ładował samochód, Stefan oparł się o maskę i wyciągnął z raportówki kanapki. „Naleśnik, chodź, dam Ci gryza” i rzucił połowę kanapki na ściółkę. Pies obwąchał i …odszedł. „Cooo? Gardzisz salcesonem?????” wycedził przez zęby Stefan, bo usta miał pełne swojej połówki, gdy w tym samym momencie doskonale zrozumiał o co chodzi. Zamiast salcesonu, poczuł w ustach smak serka tofu, cykorii i …chyba kiełków czy innej „niejadalnej” dla Stefana zieleniny.
„O mój borze suchy!!! To się je????” jęknął leśniczy i z markotną miną odłożył kanapkę do torby… .

Po godzinie zajechał pod dom. Drzwi do domu nie było widać zza góry prania, które majtało się we wszystkie strony susząc na sznurze….Niedzielne kalesony, wyjściowe kalesony, codzienne kalesony, wełniane kalesony….mama zrobiła pranie.. tylko czemu wszystko wywiesiła przed kancelarią???? „Moje sofiksy! Moje kalefiksy!!!! Mamoooooooooo!!!!!” wydzierał się w niebogłosy Stefan zrywając pranie i wpychając je sobie pomiędzy polar a haftowaną gruszkę tak, by nikt nie zauważył bielizny leśniczego… Trocinko wpadł do kuchni. "O wróciłeś Stefciu! zobacz, upiekłam Ci ciasto. Wiśniowe. I zrobiłam trochę dżemów. Z tej aronii co stała w piwniczce, zmarnowałaby się tylko..." "Moje owoce na nalewki!" wyjąkał Stefan. "Oj Stefciu, no już, zdejmuj ten polar i chodź na placek, na pewno jesteś głodny!" "Nieee! idę na polowanie!" krzyknął w rozpaczy Trocinko. "Teraz? Stefciu, na jelenie i tak za późno". "Więc na dziki idę!" bronił się Stefan. "Oj Stefciu, na dziki z kolei za wcześnie. Zresztą nów jest, nic nie zobaczysz, myślisz, że się nie znam?..."
„Mamo! Dlaczego Ty mi to robisz! Ja nie jestem małym chłopcem. Mam psa i palę fajkę, jestem leśniczym i jestem samodzielny! Ja chcę do lasuuuuuuuu!!!!!!!!” wybuczał Trocinko.
„Oj Stefciu.. Stefciu.. jesteś taki sam jak Twój ojciec- leśniczy. Wam tylko te korniki w głowie i zielone polary. A tu trzeba domem się zająć, zjeść jak należy….siedzisz w tej dziczy, w samym środku "nigdzie" z tym kudłatym Omletem ..."
"Naleśnikiem..." poprawił mamę Stefan. "I to nie dzicz przecież. Mam internet, telefon, pagiera, samochód, a do miasta tylko 7 km. I nie chcę pracować gdzie indziej. Tu mi dobrze. Z tymi wszystkimi kornikami, jeleniami i gniazdem os za stodołą... nigdzie się nie ruszam!.." Mama słuchała uważnie, po czym uśmiechnęła się i powiedziała ciepło..
„Ech…. Cały ojciec….już jak byłeś mały wiedziałam, ze wołami Cię z lasu nie wyciągnę. Szkoda tylko, że jak on nosa z tej swojej leśniczówki nie wyściubisz, a ja tak tylko jeżdżę pomiędzy tym Baligrodem a Celestynowem…żebyście chociaż w sąsiednich leśnictwach pracowali………. No nic, popraw wąsy, bo aż się zmierzwiły, wyprostuj się i chodź na kolację. Przywiozłam Ci świeżego salcesonu!”. Akurat w tym wypadku nie trzeba było dwa razy powtarzać i już Trocinko stał w kuchni z talerzem w ręku.

Następnego dnia mama musiała już wracać, a że do Baligrodu długa droga, musieli wstać bardzo wcześnie rano, by na dworzec zdążyć. Gdy Stefan wrócił do leśniczówki udał się od razu do kancelarii. Gdy otworzył drzwi, wyszczerzył zęby w wielkim uśmiechu- na służbowym biurku leżały dwie, duże poduszki, w kolorze korporacyjnej zieleni, z wielkim wyhaftowanym logo Lasów Państwowych z przodu i małą karteczką obok..... "Wizyta była milusia. Tak mi się podobało, że postaram się przyjechać za tydzień. Całuski- Mama. Ps. Sprzątnęłam Ci w tym zielonym samochodzie. Miałeś tam jakieś motyle w torbie. To chyba mole, więc wyrzuciłam". Przez głowę Stefana, przebiegłą tylko jedna myśl. "To pułapki z brudnicą!!! Miałem je wysłać jutro do kontroli!!!!!"

 

Autor Magda Stępińska, Nadleśnictwo Celestynów:

https://www.facebook.com/pages/NADLE%C5%9ANICTWO-CELESTYN%C3%93W/244465562338280

Stefan Trocinko do zdjęcia pozował Pani Magdzie Stępińskiej