Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

O psie, który samochodem jeździ...

CZYTELNIA » Wariacje na temat... » O psie, który samochodem jeździ...

Rok 2003/2004. Zastanawiam się na kupnem psa. Nie jestem myśliwym, a o łowiectwie wiem tyle ile zapamiętałem z czechosłowackiej bajki o Rumcajsie. Wiedza karykaturalna nieco, bez większych aspiracji, by ją naprostować. Mój świat to duża śląska aglomeracja, a jedyny kontakt z lasem to czas grzybobrania. Już wtedy fascynował mnie ten dziwny dla mnie mieszczucha świat - jakże różny od moich wtorków, śród…           

Pies ma być myśliwski. Nie dlatego, że chcę z nim biegać z flintą po lesie, czy polu, gubiąc gumowce w błocku, ale dlatego że jest piękny. Człowiek przez setki lat kształtował rasy myśliwskie pod kątem pięknego wyglądu (jakoś nie mam zaufania do poczucia estetyki współczesnego człowieka). Dawniej człowiek przywiązywał większą uwagę do tego, by otaczać się pięknem. Widać to w architekturze, muzyce, malarstwie, a nawet w rzemiośle. Psy myśliwskie są piękne-miały być nie tylko skuteczne w polowaniu, ale przynosić swemu panu chlubę wspaniałym wyglądem.                                                     

Wiem, że mam czas z wyborem rasy. Decyzja nie może być pochopna. Nie śpieszę się. Poszukiwania rozpoczynają się od Międzynarodowej Wystawy w Katowicach. Prawie od razu uwagę skupiam na wyżłach. Piękne psy, zarówno te niemieckie, weimarskie jak i węgierskie. Niezłe są płochacze. Nie interesuję się ich walorami użytkowymi-przecież nie będę z nimi polował. Nie mam pojęcia o konkursach pracy. Szukam informacji na temat tych ras w internecie. Tu zaczynam się dowiadywać o ich historii, użytkowości. Na razie traktuję to jako utrudnienie, bo muszę przeskakiwać te fragmenty tekstu. Staram się nie dostrzegać fotek ze szkoleń w terenie, konkursów. Nie zawsze się da i co nieco trafia do centralnego ośrodka nerwowego. Komu się chce ganiać z psami po polach, lasach -zastanawiam się. Osobliwa grupa. Dziwni ludzie…, myślę, ale bez specjalnej złośliwości. W końcu to dziwactwo wygląda na nieszkodliwe. Mają co prawda swoje magiczne rytuały-losują jakieś numerki, wyciągają coś z kapelusza, biegają od jednego pana w zieleni i kapelusikiem na głowie do innego z podobnym kapelusikiem -ale krzywdy tym wielkiej nikomu nie robią. A jakie biedne te ich psy. Bez sensu biegają po polach, strzelają im nad głowami, prowadzą je na jakichś długich linkach. Niektórych „zakręconych” spotykam na lotnisku sportowym „Muchowiec” w Katowicach. Stale bełkocą pod nosem: apel…, apel…, apel.
        

Przypominam sobie, że mamy też naszą rodzimą rasę myśliwską-ogara. Fajny pies, ale ciężar i rozmiarówka nie dla mnie i z powrotem przyglądam się wyżłom, płochaczom, posokowcom. Mija kilka miesięcy, a tu decyzji brak. Kolejny raz wracam do ogara polskiego i tu następuje olśnienie! Na jakieś stronie internetowej pojawia się informacja o gończym polskim. To my mamy jeszcze jedną rasę myśliwską?! Dopada mnie lekka konsternacja. Zdziwienie. Nic o tej rasie nie wiedziałem. Zaczynam zagłębiać się w zasoby internetu, szukam informacji w książkach. Gończe polskie podobają mi się.                         

Rok 2004 katowicka wystawa. Koniecznie muszę zobaczyć nasze gończaki na żywo. Jestem pod wrażeniem piękna rasy. Po raz pierwszy widzę czekoladowego gończego. Rozmawiam z Panem Ryszardem Weronem - od razu wiem, że jest oddany rasie. Mówi o gończych ze swadą, z dużą znajomością, ze świadomością historyczności rasy. Zamieniam też kilka zdań z Edwardem Hałdyszem, który wspomina coś o użytkowości rasy. Nie wiem jeszcze, że nie raz i nie dwa przegoni mnie po swoich górkach na ścieżkach tropowych tak, że będę dziękował Bogu, że nie jestem góralem. Dziękuję, że nie jestem góralem.                

Jeszcze dwie, trzy wystawy. Teraz jestem pewny wyboru rasy. Zamawiam gończego i cierpliwie czekam w kolejce. Trojaka, mojego czarnego gończaka odbieram w roku 2006. Powoli zaczynam interesować się użytkowością. Uświadamiam sobie, do czego była stworzona rasa. Owszem, można chodzić na długie spacery, można psu poświęcać mnóstwo czasu, ale to nie jest jedyna aktywność przypisana naszemu gończemu. Niestety, Trojak nie dożył dwóch lat. Szybko, wraz z żoną decydujemy się na zakup drugiego gończego, czekoladowego Rezona. Teraz ćwiczenia pod kątem użytkowości idą pełną parą. Sam powoli dołączam do sekty…, i czuję się z tym dobrze. Nad wyraz dobrze. Na lotnisku sportowym „Muchowiec” w Katowicach powtarzam pod nosem: apel…, apel… .
           

Na pierwszym konkursie tropowców w Jarach Rezon zajmuje 2-gą lokatę i uzyskuje dyplom I stopnia! Nieźle wypadają konkursy dzikarzy. Teraz czas na zmierzenie się z realnym łowiskiem. Znajomi z Poznania zapraszają mnie na polowanie jako podkładacza psa. Jestem pod wrażeniem. Podoba mi się. Pies też jest na tak. Podkładanie staje się naszym coweekendowym zajęciem w czasie polowań zbiorowych. Oglądam pracę innych gończych, rozmawiam z ich właścicielami. Uczę się odróżniać wiedzę od przechwałek. Solidność od pustych słów. Słucham doświadczonych psiarzy i staram się korzystać z ich wiedzy o układaniu  psa. Poza sezonem jeździmy na konkursy, wystawy. Razem robimy tysiące kilometrów rocznie. Auto stało się budą na kółkach. I autoalarmu nie trzeba włączać…, tyle tylko, że wracając jesienną porą z dziczej zagrody lub polowania głowę trzeba trzymać na zewnątrz samochodu. Da się w sumie przywyknąć do woni jesiennego odyńca.  Niektórych może jednak odrzucać. Np. pewnego złodzieja, który dokonuje serii włamań do samochodów parkujących na mojej ulicy. Wszystkie auta okrada, tylko moje zostawia w spokoju (choć miałem w nim całkiem nowy gps i gotówkę). Zdąża wyciągnąć ze schowka książkę obsługi pojazdu. Coś go spłoszyło twierdzi policja. Pragnę tylko nadmienić, że dzień wcześniej byłem z psem w dziczej zagrodzie. Aura nam trochę nie sprzyjała i Rezon był nieco wyperfumowany dzikiem… Dla złodzieja „nie dzikarza” jest to przykre doświadczenie… Panowie policjanci pytają, czy nie mam nieboszczyka w bagażniku. Na wszelki wypadek zaglądają nawet do podłokietnika. Ufff jestem czysty. Technik policyjny zbierający odciski palców uczciwego inaczej nie chce dać się podwieźć na komisariat.  (Pogłoski, że w moim samochodzie można sadzić wymagające rośliny uprawne uważam za grubo przesadzone i są one wynikiem cennego poniekąd zainteresowania moją osobą, które ja jednak nazywam zwyczajnym czepianiem się).
          

W końcu musiał nadejść kolejny etap wtajemniczenia. W czasie spotkania z Leszkiem (Amir Leśny Amok) pada propozycja rozpoczęcia stażu. Leszek wie, jaki moment wybrać. Od pewnego czasu zastanawiam się nad tym. W czasie wielu polowań przyglądałem się myśliwym. Myśliwi to ciekawa społeczność. Od wielu doświadczyłem ich bezinteresownej pomocy (Leszek-staż, praktyka łowiecka, Wojtek-praktyka łowiecka, Edward, Ryszard, Marek-pomoc w układaniu psa, Andrzej-kilka ważnych lekcji strzelania…, długo by wymieniać). Są osobami bardzo życzliwymi, koleżeńskimi. Dobrze się czułem w ich gronie. Ich opowieści, fascynacje stały mi się bliskie. Jakże krzywdzące są nagonki w Gazecie Wyborczej, w TVN i innych mediach, gdzie niby „cała prawda, całą dobę”. To tylko niewiele warta dekoracja-deklaracja. Myśliwi, których poznaję są w zdecydowanej większości zatroskani stanem swoich łowisk, a wejścia do lasu nie są dla nich związane z koniecznością upolowaniem sarny, czy dzika. Rozumieją mechanizmy zachodzące w przyrodzie, w odróżnieniu od dziennikarzy, tzw. dyżurnych ekologów również szczerze zatroskanych, ale o swoje platynowe karty płatnicze oraz swoje celebryckie być albo nie być.
           

W zaprzyjaźnionych kołach gdzie podkładam młodego Rezona widok gończego nie był zbyt częsty. Niektórzy Koledzy nawet nie znają rasy. Dziś wygląda to inaczej choć od tamtej pory mijają zaledwie 2-3 lata. Coraz większa ilość miłośników rasy jest świadoma konieczności użytkowej pracy nad psami. Znaczna część z nich chce zobaczyć jak sprawdzi się ich pies w łowisku-co zrobi ich podopieczny, kiedy zobaczy dzika. Niektórzy podkładacze mogą sprawdzić swoją prędkość, przypomnieć sobie młodość, kiedy uciekają przed lochą, czy odyńcem. Zadziwiliby swoją gibkością nie jeden stadion i to bynajmniej nie na poziomie zawodów międzyszkolnych. W łowisku termin „skok w bok” nabiera zupełnie innego znaczenia.                                                                                         

Być może w tej całej gończej sprawie nie pies jest najważniejszy.  Fascynacja rasą gończy polski umożliwia mi zawarcie nowych, cennych znajomości. Jest to dla mnie duża wartość. Nasze gończe środowisko nie jest jednolite-mamy różne poglądy na łowiectwo, podejście do szkolenia. Są też sprawy, które niepokoją, a o których będziemy pisać na naszej stronie. Niech jednak to nasze wspólne zainteresowanie rasą stwarza dobrą atmosferę we wzajemnych relacjach. Tylko wtedy będziemy mogli zrobić coś dobrego dla rasy.

 

Marek Kałka