Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

Nieplanowane polowanie w Bukownie

W ŁOWISKU » Opowiadania » Nieplanowane polowanie w Bukownie

Koło Łowieckie Gwardia Będzin, zbiórka 9.00 rano. To jest Koło, w którym jestem na stażu, dlatego pomimo próśb z innych miejsc dzisiaj podkładam u siebie. Polowanie ma być niedaleko od mojego domu i gdyby nie zbiórka 2 kilometry ode mnie, to mógłbym iść piechotą do lasu. Na miejscu okazuje się, że nie ma nikogo- jest za 10. Zastanawiam się czy nie pomyliłem dnia ani godziny. Po chwili pojawia się siedmiu myśliwych. Prowadzący mówi, że w związku z tym będzie polowanie… na bażanty. Nie jestem zadowolony z obrotu spraw. Łowczy wzrusza ramionami, mój sąsiad zza płotu również. Kiedy patrzę na niego pytająco, mówi, że on przecież jest. No tak, ja też jestem. Od razu przypomina mi się moja niedawna rozmowa z Markiem, powiedział, że pomimo tego, że chciałby polować z psem, czasem staje na linii, bo trzeba zachowywać się po koleżeńsku i solidarnie. Właściwą postawę Marka odbieram jako „heroiczne poświęcenie”, bo ilekroć podkładam swoje psy, zawsze mówię, że ja za żadne skarby nie zamieniłbym się z nikim z myśliwych. Dociera do mnie świadomość, że stracę chyba dzień polowania. Dobrze wiem, że jestem maniakiem…

Nagle przypomina mi się, że wczoraj dzwonił do mnie Mirek z Jaworzna. Powiedział, że wie o moim polowaniu w Będzinie i że jesteśmy umówieni za tydzień, jednak jakby coś się zmieniło, to żebym miał ich na uwadze. Chwila decyzji. Szybko żegnam się ze wszystkimi, wskakuję do auta, jest 9.20. Jadąc w stronę Jaworzna dzwonię do Mirka i mówię, że będę najszybciej jak się da. O 10.00 dojeżdżam do Bukowna. Mirek prowadzi mnie do miejsca polowania. Wstrzymali drugie pędzenie, żebym zdążył dojechać. Wyskakuje z auta, zabieram psy i ruszam do miotu. Teren jest bagnisty, to nowość dla moich psów, bo zazwyczaj polujemy w górach. Myśliwi ostrzegają o bagnie naprzeciwko, które trzeba będzie obejść dookoła. Obok mnie idzie młody chłopak z naganki- Tomek. Po chwili psy zaczynają głosić i odchodzą na jakieś 600, 700 metrów. Myśliwi opowiedzieli później, że to była wataha dzików, jednak wyszły bokiem poza miot. Teren jest typowo postindustrialny i ma swój urok. Przemysłowy las, torowiska, kanały, w oddali odgłosy pociągów, a obok piaskownia.    Dobrze znam takie tereny, są charakterystyczne dla Zagłębia. Są zimne i bezduszne, lecz pomimo to mają w sobie jakieś dziwne piękno. To piękno nie wynika z mojego sentymentu, ale raczej jest „pięknem z obrazów futurystów” . Jest taki widok, który uwielbiam i który mnie urzeka. W okolicach Okradzionowa- Koksownia Przyjaźń z ziejącym płomieniem i dziwnymi odgłosami wyłania się z lasów, które kiedyś były częścią nieistniejącej Puszczy Łosieńskiej. Surrealistyczny księżycowy krajobraz. Niedaleko plątanina torowisk i wszędzie ślady bytowania dzików. Z Okradzionowa przez Sławków czy Kazimierz (magiczną dzielnicę Sosnowca) można dostać się do Jaworzna czy Bukowna.  To wszystko są podobne tereny o podobnym klimacie.

            Po chwili wraca tylko Dino. Martwię się o Kantka, wokół nie jest bezpiecznie dla psa,  a on jest młody. Za moment Dino głosi basem. Wołam do Tomka, że przed nami jest dzik. Tomek zdziwiony pyta, skąd ja to wiem. Korzystając z okazji opowiadam mu o psach gończych i o polowaniu z nimi. Idziemy w kierunku psa, decyduję, że wchodzimy na bagno. Skaczemy od drzewa do drzewa, bo tylko tam jest sucho. Kanto dołącza do Dina. Dzik musi być duży, bo ani drgnie. Jesteśmy przemoczeni, cały czas zbliżamy się do psów. Pchają go powoli w kierunku linii. W domu mam ocieplane wodery do spinningowania, to byłby idealny strój na ten teren. W pewnym momencie psy się rozdzielają. Okazuje się, że to były dwa dziki i tuż przed linią wracają do miotu. Psy gonią w bagnie na całego. Patrzę na GPS. Wiem, że z tyłu są myśliwi. Oczekujemy na strzały w napięciu-… nic. Dzwoni Mirek i mówi, że nas widzi, ale nie dojdziemy do linii, która jest czymś w rodzaju grobli. Jeszcze długo przedzieramy się przez mokradło w kierunku lasu. Podpieram się swoją rohatyną, gdzieniegdzie woda jest powyżej kolan. Jestem zachwycony i zmęczony. Paradoksalnie od kilku polowań mam też wodę w kolanie i muszę uważać jak stawiać stopy. W końcu udaje nam się dojść do myśliwych i mogę się wreszcie z nimi przywitać. Rozstawiamy się do następnego miotu. Tym razem teren jest suchy. Ubogi las, kępy młodników i torowiska. Przechodzimy całość bez efektu. Dino wyhaczył sarnę i ją pogonił. Kiedyś mnie to martwiło, jednak teraz wiem, że Dino goni wszystko, co się rusza w lesie i jest w tym naprawdę dobry. Pies w miarę upływu czasu i nabierania doświadczenia, sam dostosowuje się do sytuacji i wie, czego się od niego wymaga. Kiedy wrócił zobaczyłem, że ewidentnie kuleje. Przyszła pora na przerwę, po której zostały jeszcze dwa mioty. Rozpalono ognisko, była kiełbasa, pyszny gulasz, fajna atmosfera. Przypomniały mi się Kresy i nieliczne polowania w kraju, gdzie jest czas na odpoczynek, dobre jedzenie i czas, w którym ludzie mogą pobyć ze sobą. Tego typu polowania nazywam „cywilizowanymi”. Po przerwie, Dino przepędził łosia i jelenie. Na pokocie jednak nic nie było. Cóż, zdarza się, nigdy nie czuję żalu z tego tytułu. Najbardziej cenię sobie polowania na terenach, gdzie jest mało zwierzyny. Nie sztuka polować tam, gdzie jest jej dużo. Najmilej wspominam mordercze polowanie na zająca w Czarnohorze, gdzie śnieg sięgał pasa.   

Pożegnaliśmy się w miłej atmosferze umawiając się na przyszły tydzień. Pierwszy raz byłem u Mirka i dlatego nie chciałem żadnej gratyfikacji ( taką mam zasadę), ale musiałem się poddać, nawet argument, że jestem maniakiem do nich nie dotarł.                     

            Wnioski z dnia oraz to, czego się nauczyłem:

- Polowanie z psami jest dla mnie czymś wspaniałym, muszę uważać, żeby nie przepaść jak swojego czasu św. Hubert- on przepadł, ale otrzymał łaskę. Mam poczucie winy, że poluję w niedzielę, myślę że Pan Bóg mi wybaczy ( choć czasem nie zdążę na Mszę Świętą).        

- Poprzez polowanie z gończymi jestem podłączony do Tradycji- która w ten sposób staje się dla mnie żywa, a ja staje się jej częścią.

- Cieszę się, że spędziłem parę chwil z młodym chłopakiem i mogłem mu przekazać trochę wiedzy oraz praktyki. Młodzież dzisiaj, szczególnie chłopcy, mają bardzo mało okazji, aby stawać się mężczyznami.

- Dino jest wspaniałym psem, o wielkiej pasji. Nie odpoczywa i jest zaprogramowany do polowania, robi to nawet wtedy, gdy boli go łapa- chyba jest również maniakiem- dlatego jesteśmy podobni.

- Kanto w dwóch ostatnich miotach odpuszczał, po ostatnim przesileniu, chyba czuje, że nie da rady dorównać Dinowi.

- Mogłem tego dnia wrócić do domu, ale „chciało mi się” jechać do Bukowna. Dobrze zrobiłem, bo to był bardzo owocny dzień.

- Zgłosiłem dzisiaj swoje psy do rywalizacji o Przechodni Puchar Prezesa, to dobra inicjatywa, bo pokazuje aktywność naszych psów. GP to odpowiedzialność- skoro mam takiego, a nie innego psa, to muszę zapewnić mu to, że będę użytkował go zgodnie z jego przeznaczeniem. Nie chodzi tylko o mojego psa, chodzi o całą rasę.

- I najważniejsze- zacząłem zwracać się do św. Huberta. Mało modlę się do świętych, ale jak niedawno ktoś słusznie stwierdził, że nie modląc się do świętych pozbawiamy się ich wstawiennictwa. Ktoś inny znów powiedział, że w modlitwę nie wierzą jedynie ci, którzy tak naprawdę nigdy jej nie spróbowali. Ja spróbowałem i wiem, że to działa.

 

 

 

 

 

Darz bór,

Piotr Jelonkiewicz