Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

Napisało życie…

W ŁOWISKU » Opowiadania » Napisało życie…

Napisało życie…

 

            Nie wierzą w fatum, przeznaczenie, karmę czy inne horoskopy. Wierzę natomiast, że nasi przodkowie patrzą na nas z góry i w dyskretny sposób kontrolują nasze życie  nieznacznie wpływając na jego przebieg. Być może grzeszę teraz pychą ale ufam, że nad moim żywotem, niemal od początku pochylony jest św. Hubert - patron myśliwych i nieoficjalny patron psów gończych. Psów, dzięki którym na swojej drodze spotkał mitycznego jelenia.

Zresztą nie tylko ja jestem jego pomazańcem, jest nas większa grupa. Grupa, do której św. Hubert z góry puszcza „oczko” mając nadzieję, że to właśnie my odwzajemnimy naszym pięknym czworonogom ich przywiązanie i miłość oraz zapewnimy odpowiednie warunki życia. Ochronimy je od zniknięcia z naszych lasów. To właśnie ten święty mąż uczy nas pokory i szacunku wobec otaczającej przyrody, uświadamia czym jest przyjaźń, szacunek dla starszych oraz „braci mniejszych”.

Przy nim poznajemy czym jest odpowiedzialność za to co jest od nas słabsze i od nas zależne. Uczy, że być myśliwym to być przede wszystkim odpowiedzialnym człowiekiem. Takiej właśnie odpowiedzialności ustami i postawą mojego nieżyjącego ojca uczył mnie nasz patron. Ojciec mój (myśliwy od zarania wieków) nie miał nigdy ręki do psów. Czuł jednak ich nieodzowność w łowisku. Dlatego jak tylko sięgnę pamięcią od zawsze były w naszym domu. Mój tato nie miał sprecyzowanych upodobań jeśli chodzi o rasę. Przez dom i podwórze przewinął się Ben – posokowiec hanowerski, Ata – wyżeł szorstkowłosy, Tina – szalona foksterierka, Dan – niemiecki terier myśliwski. Był również piękny i dostojny Echo zwany przez ojca Panem Psem. Echo to był prawdziwy psi arystokrata i geniusz. On wiedział kiedy aportować kaczkę, kiedy dochodzić postrzałka, kiedy oszczekać dziki a kiedy pogonić cygankę, która zakradła się do piwnicy. Niestety padł ofiarą miejscowego Szwejka. Został skradziony. Co prawda po jakimś czasie jego nabywca będąc uczciwym człowiekiem po tatuażu odnalazł prawowitego właściciela. Jednak tato będąc wówczas schorowanym człowiekiem i mając świadomość, że ja nie mam warunków do jego trzymania, oddał za darmo komplet „papierów” Pana Psa ufając, że tak będzie dla niego najlepiej. Nadszedł w końcu czas mojej samodzielnej polowaczki. Jako myśliwy nigdy nie miałem dylematu czy pies jest dodatkiem do polowań czy polowanie jest dodatkiem do psa. Dla mnie polowanie bez psa jest jak biała kiełbasa bez chrzanu. Sam chrzan bez kiełbasy jest też niewiele wart. Dom nasz, pisze w liczbie mnogiej bo w tak zwanym międzyczasie ożeniłem się z Beatą, która od kilku lat jest Dianą, zasiedliła Sonia foksterierka. Wspaniała suczka użytkowa chociaż bez rodowodu. Dała się poznać jako doskonały i mądry dzikarz oraz tropowiec. Jej do pomocy dokupiłem dwa inne foksiki  z doskonałej łódzkiej hodowli. Jednak nie odegrały one w moim życiu tak wielkiej roli jak ich skromna „nie papierowa” poprzedniczka. Z Sonią wiąże się zabawna anegdota. Pewnego razu na trzy dni przed polowaniem zbiorowym dzwoni do mnie kolega z koła:

-Cześć Paweł

-No, cześć

- Słuchaj w sobotę polujemy na Drzewianowie?

- Nooo…polujemy, …a co?

- Sonia będzie?

- Będzie

- No, to jak Sonia będzie to ja też jadę. Cześć.

Jak widać dla niektórych towarzystwo dobrego psa na polowaniu było istotniejsze niż moje.

Ja jednak to rozumiem i całkowicie rozgrzeszam. Paradoksem w tej całej sytuacji było to,że przedwczesna śmierć Soni (zatrucie) otworzyła mi możliwość zrealizowania marzeń jakimi było kupienie gończego polskiego.

Jest rok 1978. Mały chłopiec w blond lokach z wypiekami na twarzy zaczytuje się w przygodach swojego rówieśnika, który w Bieszczadach razem ze starym leśnikiem i jego ogarem zgłębia tajniki prastarej puszczy. Och… jakby było fajnie tak jak ów leśnik jeździć konno po lesie i polować. Rok później chłopiec jest z rodzicami i rodzeństwem na wczasach   w Polańczyku. Jedną z atrakcji jest pogadanka z miejscowym partyzantem. Partyzant w barwny sposób opowiada o swoich przygodach. Chłopiec z uwagą wsłuchuje się w słowa starszego pana tym bardziej, że jako syn i bratanek partyzantów z 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej wie co nieco o wojnie. Uwagę jego przykuwa pies spokojnie warujący u nóg prelegenta. Pies jakoś dziwnie kojarzy się z tym, o którym czytał w książce.

Część corocznych wakacji chłopiec spędza u znajomych rodziców we wsi Dziechowo. Tam dzielnie pomaga w pracy przy koniach oraz podczas żniw. Jednak największe jego zainteresowanie wzbudza czarny, podpalany pies myśliwski leśniczego. Pies jak twierdził leśniczy został przywieziony z gór i był nie tylko doskonałym tropowcem lecz także radził sobie z wiejskimi burkami nawet większymi od siebie.

Jest druga połowa lat 90-tych. Już nie chłopiec a dorosły mężczyzna, myśliwy wczytuje  się co miesiąc w lekturę obowiązkową jaką jest Łowiec Polski. Intrygują go pojawiające się sporadycznie artykuły i fotografie Waldemara Feculaka. Przepiękne zdjęcia wspaniałych psów, które pieszczą oko i budzą nadzieję, że kiedyś jeden taki będzie jego. W następnych latach ukazują się coraz częściej wzmianki w czasopiśmie Psy Myśliwskie. Przekonanie  o wyjątkowych walorach użytkowych tej pięknej polskiej rasy rośnie. Chociaż na podwórku królują foksy to myśl już nie o ogarach lecz gończych polskich staje się coraz bardziej natrętna a decyzja o nabyciu oczywista. Pozostało już tylko obejrzeć je w realu. Nie ma chyba lepszego miejsca by to zrobić jak wystawa. W tym celu odwiedza z synem Walentynkową wystawę psów w Bydgoszczy. Tam też poznaje Małgorzatę hodowcę i Dianę, która w rzeczowy i konkretny sposób opowiada o swoim psie i całej rasie. Tak się złożyło, że jeden z kolegów z sąsiedniego koła nabył przepięknego gończego Ignaca z hodowli pana Feculaka. Jego piękny donośny gon zabrzmiał w krajeńskich lasach a wraz z pięknym tubalnym głosem rozchodziła się sława nieustępliwego dzikarza. Wkrótce do Jgnaca dołączyła Gwarna ze znanej beskidzkiej hodowli. Granie tych psów to po prostu poemat. Suka ta dodatkowo charakteryzuje się tym, że respektuje sarny, co nie zdarza się często. Zwłaszcza u psów pracujących w złai.

Jak łatwo się domyśleć ów chłopiec i mężczyzna to po prosu ja. Wszystko ułożyło mi się w logiczną całość po przeczytaniu książki: „Pułkownik z dna jeziora”. Książka Wandy Żółkiewskiej, partyzant, leśniczy, Łowiec Polski, wystawy stworzyły układankę,  której ostatnim elementem jest Aqua z Dworu Grodno. Jednak nie tak od razu Aqua zwana Małą trafiła na nasze podwórko. Co prawda dwa tygodnie po śmierci Soni zaklepałem   już szczeniaka u kolegi Andrzeja i teoretycznie zostało mi tylko poczekać około miesiąca, aż podrośnie, jednak był jeden zasadniczy problem do rozwiązania…moja kochana żona. Tak sobie myślę w tym miejscu, że nie tylko ja spotykam się z tak zdefiniowanym problemem i nie tylko w tej sprawie. Ile te nasze połowy potrafią storpedować pięknych, szalonych pomysłów (za co im w duchu później dziękujemy) wiedzą tylko żonaci ale tego wątku nie będę ciągnął, bo jest to temat na „opasłą” rozprawę filozoficzną.

Tak jak wspomniałem pozostało mi przekonać Beatę, ba ale jak to zrobić? Wszelkie wzmianki o trzecim psie kwitowała: „no przecież mamy już dwa, wystarczy”. Teoretycznie miała rację ale hodowla psów wbrew pozorom ma mało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. To po prostu taka inna miłość bez podłoża erotycznego i ekonomicznego. A zegar tyka, czas odbioru szczeniaka jest tuż, tuż. Kiedy już wszystkie argumenty zawiodły pomyślałem postawię wszystko na jedną kartę. Albo się zakocha w szczeniaku albo odkocha we mnie i będę spał  z psem na tarasie. Jadę i niech się dzieje wola nieba. Ale od czego jest Patron? Mój mnie   nie opuścił. Dzień przed wyjazdem po szczenię zgłosiło się do mnie dwóch kolegów żebym i dla nich wybrał psiaki. Jeden dodatkowo prosił aby jego szczenię przetrzymać przez dwa tygodnie, aż przygotuje swoją żonę i wybuduje psu jakiś kąt. Od razu się zgodziłem bo zaświtała mi w głowie szatańska myśl rodem z filmów Hitchcocka. Powrót z trzema szczeniakami spowoduje takie napięcie u mojej ślubnej, że ostatecznie pozostanie przy jednej sztuce uzna za błogosławieństwo Boże.   Pojechaliśmy. Aby złagodzić napięcie rodzinne nasz Święty zesłał mi do domu gości. Myślę, jest dobrze. Droga powrotna zleciała jakby z bicza strzelił. Serce miałem w gardle. Po wypuszczeniu trzech łobuziaków z samochodu goście wpadli w zachwyt nad rozkosznymi niedorajdami. Żona natomiast zaniemówiła i jeszcze szerzej otworzyła swoje piękne i tak duże oczy. Po pierwszej euforii nasi przyjaciele dyskretnie zaczęli wymieniać znaczące spojrzenia i majstrować palcami w okolicy czoła. Ale nie oni teraz byli problemem. Nadszedł czas łagodzenia sytuacji i żony. Po moim oświadczeniu, że jeden maluch zaraz wyjeżdża ze swoim nowym panem, jakby lekko odetchnęła. A gdy uświadomiłem, że ten drugi należy do naszego Łowczego już byłem prawie pewny,  że nie zadzwoni po karetkę do wariatkowa. Następne dwa tygodnie to był bardzo miły czas. Siadaliśmy wspólnie na tarasie i obserwowaliśmy bawiące się maluchy. Długo nie trwało  i całkowicie zawróciły w głowie też i mojej Pani. Gdy nadszedł czas rozłąki Małej (Aqua) i Grubego (Agnac), to właśnie nikt inny tylko ona przekonywała mnie, że powinniśmy zostawić obydwa. A gdy na wystawach, na które jeździliśmy wspólnie zaczęła mnie strofować, że ubiór nie taki albo, że źle psa prowadziłem na ringówce było już tyko kwestią czasu, kiedy wspólnie zdecydowaliśmy o założeniu własnej hodowli.

Wystawy w życiu menera i jego podopiecznego to nie wszystko. Przyszedł czas na edukację. Nasz pupil od samego początku przejawiał talenty łowieckie co dla myśliwego jest wielką radością. Jednak moje umiejętności i wiedza były zbyt skromne aby przygotować psa nie tylko do polowań ale także do konkursów. Najlepszą sposobnością ku temu były odbywające się  w Jaśkowie warsztaty tropowców. Warsztaty okazały się pod każdym względem strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Codzienna praca na ścieżkach w zagrodzie dziczej oraz teoria skropione „wodą rozmowną” przybliżyły nas do sukcesu jakim było uczestnictwo i ukończenie konkursu tropowców. Co prawda 62 pkt nie powalają na kolana jednak tytuł najlepszego przewodnika psa tropowca oraz fakt, że kilka godzin wcześniej przechadzały się po ścieżkach wilki całkowicie zmienia podejście do takiego wyniku. Wartością dodaną wyjazdu na Mazury okazały się zawarte tam znajomości z ludźmi o potężnej wiedzy i zamiłowaniu do ogarów i gończych polskich. Część z nich to sympatyczne oryginały, z którymi zresztą najszybciej nawiązałem nić przyjaźni. Mój największy szacunek wzbudzili psiarze, którzy hodując psy myśliwskie sami nie polowali. Będąc jednak świadomymi i odpowiedzialnymi hodowcami nie tylko dbali o cechy łowieckie podopiecznych lecz w licznych dyskusjach wyrażali niepokój  o przyszłość tych pięknych polskich ras. Jak się później okazało spora część poznanych tam ludzi w czynny sposób promuje i dba o tą część spuścizny jaką zostawili nam nasi ojcowie.  W tym miejscu koleżanki i koledzy chylę przed wami czoła i Darz Bór.

Nadszedł czas na pracę w łowisku. Na początku sprawdzaliśmy się z Małą na prostych dziczych postrzałkach. Jednak życie nie pisze tylko prostych scenariuszy i bardzo bezwzględnie weryfikuje słabeuszy. Wkrótce zaczęła się praca bez wybrzydzania na polowaniach komercyjnych. Oj, nie raz kończyliśmy pracę późnym wieczorem z wywieszonymi jęzorami. Koledzy w swojej nadgorliwości wzywali nas do miejsc gdzie po prostu przebiegały dziki i ktoś do nich wystrzelił. Bez wskazywania ścinki czy farby, ot tak na wszelki wypadek. Zdarzało się, że takie wyprawy były tylko potwierdzeniem przysłowiowego pudła. Ale zdarzało się również, że po stu lub więcej metrach pojawiała się farba i nasz wydawałoby się niezbyt sensowny przyjazd okazywał się ze wszech miar wskazany i często uwieńczony sukcesem.  Bywało, że wracaliśmy z tarczą a czasem i na tarczy. Jednak każdy wyjazd czynił nas mądrzejszymi w swoim fachu. Polując indywidualnie zabieram psa prawie na każde polowanie. Lubię jechać autem przez las i co jakiś czas słyszeć mruczenie wywołane niezadowoleniem  z techniki mojej jazdy. Posłusznie wtedy zwalniam i omijam wszelkie dziury. Miło jest   w mroźną noc wracać do samochodu i siadać na ciepły nagrzany fotel (Mała zawsze jak mnie nie ma śpi na moim miejscu). Co prawda chwilę zawsze trwa dyskusja i ustalanie kto dzisiaj „prowadzi”, bo mój pupil nie chce rezygnować z wygodnego, ciepłego legowiska. Zawsze jednak jakoś dochodzimy do konsensusu. Nawet kiedy żona nie jedzie ze mną to w lesie nie jestem sam. Polując z ambon psa zostawiam w samochodzie. Wiem wówczas, że nikt mi do auta nie wejdzie. Fajnie jest po celnym strzale przejść się do samochodu po śpiącego czworonoga, który natychmiast się budzi i szczęśliwy podąża we wskazanym kierunku. Uważam, że jest to bardzo bezpieczny sposób podejmowania pozyskanej zwierzyny. Nie raz przecież na pozór martwy zwierz uchodził lub atakował. Suki mają pewne fizjologiczne przypadłości powodujące okresową niemożność pracy i to często wtedy jesteśmy kolegom najbardziej potrzebni. Ponieważ nie wszyscy myśliwi posiadają psy a niektórzy ludzie  nie powinni się nawet nimi zajmować, chcąc żyć zgodnie z obowiązującą etyką postanowiliśmy nabyć drugiego gończego Manasa zwanego Bejem. Rodzice Beja to typowe zwierzęta użytkowe. Pochodzą z linii psów pracujących, rok rocznie biorą czynny udział w polowaniach gdzie sprawdzają się jako dzikarze i tropowce. Nie obce są im także konkursy, na których czołówki lokat są ich częstym udziałem. Czy Bej będzie dobrym psem użytkowym czy dorówna koleżance? Czas pokaże. Ma łowiecką pasję. Uczy się szybko ale ma twardy, zdecydowany charakter i wymaga dużo pracy. Być może te dwa psiaki będą początkiem nowej hodowli,   która na wiele lat zagości na Krajnie i spowoduje, że polscy myśliwi zaczną doceniać naszą rodzimą rasę psów tak jak to zrobili już Niemcy, Francuzi czy Szwedzi.

            Dalej wierzę w to, że Święty Hubert czuwa nade mną. Gdyby tak nie było czy na mojej drodze spotkałbym tak wyjątkowych ludzi jak płk Pawłusiewicz, Małgorzata, Rafał, Darek, Kasia, Donat, Marek i przesympatyczny Janusz? Pewnie nie.

Być może ktoś się będzie zżymał mówiąc, że to mocno naciągana historia. Ja jednak mogę zaświadczyć, że tą historię napisało życie, moje życie. Są wśród nas poszczególne postaci tego opowiadania i mogą potwierdzić prawdziwość tego co zostało tu napisane. Ja natomiast mam satysfakcję, że w pewnej skromnej części byłem naocznym świadkiem tworzącej się rasy i historii Gończego Polskiego.

Dziękuję Ci Święty Hubercie.

 

 Paweł Toczko