Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

Mieszczuch w lesie

W ŁOWISKU » Opowiadania » Mieszczuch w lesie

„Mieszczuch w lesie”

    

Moja przygoda z łowiectwem zaczęła się w 2009 roku. Po głębokim namyśle i przekonana do słuszności swojej decyzji, niespodziewanie dołączyłam do męża i zaprzyjaźnionej grupy podkładaczy psów.

   Do dziś, z szerokim uśmiechem wspominam swoje pierwsze kroki i wrażenia, które mi zaserwował udział w pierwszym zbiorowym polowaniu! Ech! Ileż to opowieści o uciekającej na ogrodzenia Monice wtedy powstało! Do dziś nie potrafię skutecznie przekonać chłopaków z drużyny (umówmy się, że tak będę nazywać moich współtowarzyszy polowań), że to nie była ucieczka lecz próba sfotografowania  młodnika z wysokości i akcji w nim z dzikami! Szybkie, spontaniczne i zwinne wdrapanie się na grodzenie odebrano jako przejaw strachu! Ba! Po tej całej sytuacji, miot o którym mowa został nazwany„miotem Moniki”!

No cóż... tak z facetami bywa, jak już się czepią jednego, to nie ma zmiłuj, nie przetłumaczysz!

 

     Chciałabym podzielić się swoimi wrażeniami, opowiedzieć historię zwykłego mieszczucha (czyli mnie), który zafascynowany pracą gończego polskiego postanowił w chłodne poranki zrywać się z łóżka, by bliżej przyjrzeć się tematowi.

    Początek sezonu, jesienna aura, ubrana w pomarańczową kamizelkę i zaopatrzona w batony, czekam na bieg zdarzeń. Trzęsące się lekko nogi maskuję tupaniem i słowami „brrr, ale zimno”. Rozstawiamy się na szerokość miotu i czekamy, czekamy na sygnał „naganka naprzód”. Psy popiskują niecierpliwie, widać w ich zachowaniu pobudzenie, wietrzą i widzę jak łapią górny wiatr. Chłopaki z drużyny wymieniają się spojrzeniami, oni już wiedzą...

   Poinstruowana o możliwych sytuacjach ze zwierzyną, o zagrożeniach i innych niespodziewanie pojawiających się zdarzeniach, ściskając w ręku aparat fotograficzny, którym miałam uwiecznić momenty zapierające dech w piersiach i jednocześnie przerażona swoją wczorajszą decyzją o słuszności tego czynu, stoję pośród innych samotna jak lizawka w lesie i słyszę swoje myśli: - co ci babo do łba strzeliło?! Po jaką cholerę pchasz się w ten straszny las?! Bear Grylls w spódnicy się znalazł! Czy masz pojęcie co robić, gdy nagle wataha dzików ruszy na ciebie? Co zrobisz, jak się zgubisz?! Nawet sama ognia nie rozniecisz!

  Dźwięk sygnałówki wrócił moje myśli na właściwy tor, przecież nie pokażę chłopakom z drużyny, że pękam! O nie!

-Ruszamy!- usłyszałam.

-Naprzód! - padła komenda dla psów, gdy spuszczono je ze smyczy. Zniknęły momentalnie w gęstwinie.

   Więc nie ma już odwrotu. Powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Ruszyłam przed siebie, jako amator w tej materii zostałam przydzielona do flankowego, bym nie musiała przedzierać się przez środek gęstego młodnika. Kobieta w nagance to nadal rzadkość, widziałam zdziwienie co niektórych, gdy rano pojawiłam się na zbiórce. Podejrzewam, że nie wierzyli w moje zawzięcie i zaserwowali mi wersję light. Nie chciałam być postrzegana jako „pani z miasta”, więc postanowiłam nie iść skrajem, lecz zagłębić się bardziej. Młode drzewka, dwumetrowej wysokości skutecznie utrudniały mi posuwanie się na przód, gdy tylko odsuwałam jedną gałązkę pojawiała się następna, która czasem jakby celowo z impetem strzelała w moją twarz. Zero widoczności, tylko iglasta zielona „mgła”. Nie wiedzieć czemu, czy z własnej niewiedzy czy przez bujną fantazję,  wciąż miałam wrażenie, że słyszę to z prawej, to z lewej szarżę dzika. Głowa obracała mi się jak u puchacza, tyle że z prędkością po stokroć większą. Dusza na ramieniu też jakby cięższa niż zwykle.

-Eeeejooop!- słychać nawoływania. -Eeejoop!

 Po chwili słychać granie psów, dosyć daleko ode mnie, ale dokładnie rozpoznaję gon swojego psa wśród innych! Zatrzymuję się i czekam, nasłuchuję, serce mi wali jak oszalałe...

-Dziki!- słychać w oddali.

Na te słowa moje nogi zaczęły żyć własnym życiem,  nie czekając na resztę ciała pospiesznie ruszyły! Owszem ruszyły, tylko dokąd?! W przeciwnym kierunku! Ku flance! Wprost na grodzenie, które w momencie wyrosło z ziemi.

 O matko! Spanikowałam?! No może trochę, ale chęć zdobycia zdjęć na miarę World Press Photo była tak silna, że pchnęła mnie na ten płot w pięć sekund. Wyciągnięcie aparatu z kieszeni okazało się trudniejsze niż zdobycie szczytu K2, po długich sekundach udało się wydobyć sprzęt foto i uchwycić, hmm...  jak się później okazało - pomarańczowe punkty na szaro-zielonym tle. O jakości zdjęcia, pozwólcie, nie wspomnę.

 W międzyczasie słychać było strzały, z różnych stron, jak się później dowiedziałam w miejscach, w których pojawiały się dziki. Te odgłosy... różne- lasu,ludzkie, psie, wprowadziły mnie w taki stan umysłu, o jakim nie miałam wcześniej pojęcia i okazał się dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Mimo wszystko pozytywnym.

 -Eeejoop! - znów słychać było nagankę.

Czas zejść z płotu.

 Ruszyłam dalej, wchodząc w rzadszy tym razem młodnik, nagle zorientowałam się, że linia naganki przesunęła się sporo do przodu, pozostawiając mnie na tyłach frontu! Co jakiś czas słychać strzały, pojedyncze ujadanie psów, gdy nagle do mych uszu dociera ostre ujadanie sfory i podniesione głosy  kolegów z drużyny:

- Dziki! Dziki na lewo!

Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam!

Na lewo? Jak to na lewo?! Ja jestem na lewo!!! Teraz to już granie psów słyszę na pięćdziesiąt metrów i wciąż się zbliżają. Boże, co robić?! Co robić!? Najlepiej wiać! Jeszcze nigdy w życiu nie pragnęłam tak bardzo ujrzeć przed sobą płotu lub innego ratującego me życie podestu, a najlepiej takiej jabłonki, jak ta u babci na wsi, na którą wraz z kuzynem jako dzieci wspinaliśmy się. Nie było jabłonki, nie było żadnego innego drzewa! Przez ułamek sekundy zastanawiałam się nawet ile będzie szwów i czy będzie bolało? Stałam jak wryta, rozglądając się na około i czekając na cud. I wiecie co? Wtedy właśnie on nastąpił i zaczął się ten pociąg do adrenaliny w czystej leśnej postaci. Dlaczego? Bo zdałam sobie sprawę, że te psy, które chwilę wcześniej naganiały na mnie zwierzynę, teraz zatrzymały ją chwilę w miejscu, bym ja z miękkimi kolanami mogła w tym prawie namacalnie uczestniczyć. To dzięki nim mogłam poczuć na własnej skórze co tak naprawdę czuje się na polowaniu, jak z bliska wygląda praca psów, a że dodatkowo były to gończe polskie, stan ten trwa do dziś.

Słychać sygnałówkę, koniec miotu. Tym razem 1:0 dla dzika.

  Jednak to nie koniec, o nie! Przecież stoję wciąż na miękkich nóżkach, z otwartą na wpół buzią i wytrzeszczem oczu jak u pekińczyka. Dochodzą do mnie odgłosy nawoływań drużyny, szukają mnie. Teraz?! A gdzie byli, gdy potrzebowałam ratunku? Gdy szaleńcze myśli prawie pozbawiały mnie władzy w nogach, a tętno wskazywało na udział w sprincie. A no tak, zapomniałam, to nadal  polowanie.

   Krew w końcu napłynęła mi do mózgu i mogłam ruszyć się z miejsca, więc powolnym lecz stanowczym krokiem podążałam przed siebie. Nie myślcie sobie, że ślepo poszłam w las, o nie, po co prowokować los? Przecież tam już czają się dziki i zacierają ręce w oczekiwaniu na spotkanie ze mną oko w oko. Przemyślałam szybko pokonaną trasę i stwierdziłam, że bliżej mam do początku miotu niż do wołającego mnie męża, bo niby dlaczego mam sama przechodzić przez kawał lasu, który moi kompani pokonali w kilku chłopa?!

  Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Nie zwracając uwagi na wołanie, wróciłam do punktu wyjścia i ... kolejny cud! Oto drogą zbliża się samochód, który rozwozi nagankę po lesie, ha! Jestem uratowana! Będę żyć! Szoferka otwiera się i widzę znajomą twarz kierowcy:

- Wsiada pani?

Dumna i blada dojeżdżam do punktu zbiórki, drużyna prawie w komplecie, tylko mnie jeszcze co rusz ktoś woła.  Zostałam zauważona (widzieć miny współtowarzyszy-bezcenne!), drużynę najwyraźniej uspokoił mój widok, bo zaczęli humorystycznie komentować moje zaginięcie, okazało się również, że próbowali przywołać mnie... gwizdkiem na psy. Śmialiśmy się z tego do rozpuku. Oczywiście pytali gdzie byłam, gdy psy zaczęły głosić zwierza, więc mówię, że weszłam wyżej, żeby zdjęcie, żeby lepsze, żeby dobrze było widać, nie dali skończyć, ech... przebić się przez ich rechot...

 

  Czas na kolejny miot... ale o tym innym razem.

 

Monika Rokaszewicz